Artykuły
Pani z warzywniaka, uśmiech sąsiada i… teatr za rogiem.
Z czego budujemy naszą lokalność?
Zastanawialiście się kiedyś, gdzie tak naprawdę kończy się Wasz dom? Czy to tylko próg mieszkania, czy może ta granica przesuwa się znacznie dalej – na klatkę schodową, osiedlowy skwerek, a może aż do tego małego warzywniaka za rogiem, gdzie rano, jeszcze przed śniadaniem kupujecie pomidory i rzodkiewki?
W dzisiejszych czasach, w dużych miastach, łatwo o anonimowość. Żyjemy w biegu, często zmieniamy adresy, podróżujemy. A jednak, gdzieś głęboko, drzemie w nas potrzeba zakorzenienia i poczucia przynależności.
Osiedlowe mikrowspólnoty
Bycie „lokalnym patriotą” nie musi oznaczać wielkich haseł ani doskonałej znajomości dat z historii miasta. Często oznacza to po prostu bycie częścią tkanki swojego osiedla. Budujemy tę wspólnotę z zupełnie prozaicznych klocków takich jak wymiana uprzejmości, kiedy pani w piekarni wie, jaki chleb lubisz najbardziej, a sąsiad z czwartego piętra przytrzyma Ci drzwi do windy. Wspólne ścieżki, codzienne spacery z psem tą samą alejką w parku, gdzie spotykamy znajome twarze. Osiedlowe rytuały, sobotnie zakupy na lokalnym bazarku czy korzystanie z biblioteki za rogiem.
To właśnie te drobne interakcje sprawiają, że czujemy się bezpiecznie. Tworzą nasze poczucie tożsamości. Nawet jeśli za jakiś czas przeniesiemy się na drugi koniec miasta czy kraju, to ten mikrokosmos ukształtuje to, jak my i nasze dzieci będziemy postrzegać pojęcie „domu”.
Jak przekazać dzieciom tę iskrę?
Wielu z nas pragnie, by najmłodsi traktowali swoje rodzinne miasto i dzielnicę jako coś własnego. Chcemy, by znali swoje korzenie, nawet jeśli życie napisze im scenariusz pełen podróży i przeprowadzek.
Jednym z najlepszych sposobów na budowanie tej międzypokoleniowej i lokalnej więzi jest wspólne doświadczanie kultury – tej dostępnej blisko nas, po sąsiedzku, bez konieczności wyprawy do wielkich instytucji w centrum.
I tu pojawia się przestrzeń na inicjatywy takie jak teatr, który przychodzi do mieszkańców.
Sawa to po francusku? A Wars to… Star Wars!
Próbując zainteresować dzieci historią i legendami dawnej Warszawy, musimy być gotowi na zderzenie z popkulturą. Gdy pytamy o Warsa i Sawę, w głowach najmłodszych rodzą się fantastyczne skojarzenia: “Sawa… To po francusku? A Wars? Coś mi to mówi… Wiem! Star Wars!!! A będzie Lord Vader?”.
Zamiast poprawiać z dydaktycznym zacięciem, Teatr Sztuka Ciała postanowił tę dziecięcą logikę wykorzystać, tworząc spektakl „Star, Wars i Sawa”.
Nie dajcie się jednak zwieść – to propozycja nie tylko dla rodzin z dziećmi. To poetycka, pełna subtelnego humoru i szalenie plastyczna próba opowiedzenia pradawnej historii o powstaniu stolicy na nowo. Aktorki posługują się ruchem i pantomimą – uniwersalnym językiem ciała, który zaciera granice wieku i pozostawia ogromną przestrzeń dla naszej własnej wyobraźni. Rekwizyty zrobione są głównie z papieru i tektury co często staje się świetnym pretekstem do dalszych działań z dziećmi i ich opiekunami – zapraszamy do budowania razem lalek lub elementów kostiumów.
„Staramy się, jak tylko możemy, żeby chodzić z dzieckiem do miejsc kulturalnych, takich jak spektakle Sztuki Ciała, żeby mogło stawać się częścią tej wspólnoty, warszawiaków i czuło się tak jak my, wychowując się w naszej rodzinnej miejscowości”.
I to jest właśnie sedno tego projektu. Chcemy, by najmłodsi traktowali swoje miasto jako “coś własnego”. Życie pisze różne scenariusze – dzisiejsi młodzi warszawiacy mogą kiedyś powędrować w świat, zmienić swoją lokalność i tam zacząć tworzyć nową historię. Ważne jednak, by znali swoje korzenie i pamiętali, skąd pochodzą.
A czy po drodze spotkają Lorda Vadera? Sprawdźcie sami!