Żywa zieleń – Sztuka Ciała nad Wisłą

Tego lata Fundacja Sztuka Ciała i Biuro Marketingu Miasta realizują nad Wisłą teatralno-muzyczne spotkania z przyrodą: animacje teatralne, pantomimę, elementy kuglarstwa oraz koncert roślin grających muzykę za pomocą specjalnych przetworników przy wtórze instrumentów i elektroniki.  

fot. Sylwia Zawadzka

Chyba każdy z nas wie jak wygląda skrzyp lub mak polny. Ale czy wiemy jak one brzmią lub tańczą? Jaki charakter ma kolczurka klapowana? Czy naparstnica jest, nomen omen, zwyczajna?

Happening „Żywa zieleń” to niepowtarzalne, swobodne spotkanie podczas którego performerzy Sztuki Ciała zaproszą do głębszego wejścia w świat flory i dostrzeżenia jej ekspresji. Postaci inspirowane są konkretnymi roślinami znad Wisły – możemy zobaczyć je w akcji, podziwiać ich kostiumy, usłyszeć ich odgłosy oraz przeczytać o pierwowzorach teksty przygotowane przez przyrodniczkę – Aleksandrę Wierzbicką

Kolczurka klapowana 

fot. Sylwia Zawadzka

Kolczurka to roślina o bardzo ciekawej fizjonomii. Długa, wijąca się łodyga zaopatrzona w wąsy czepne pozwala jej wspinać się po innych roślinach – w ten sposób kolczurka uzyskuje przewagę w wyścigu o dostęp do słońca. Drapieżnie wyglądający owoc, chroniący nasiona, pokrywają liczne kolczaste, choć miękkie włoski. Wygląd tego przybysza zza oceanu doskonale odzwierciedla jego ekspansywny „charakter”. Kolczurka pochodzi z Ameryki Północnej, do Europy została sprowadzona na przełomie XIX i XX w. jako roślina ozdobna. Dość szybko wymknęła się z rąk ogrodników i rozpoczęła swoją dziką ekspansję, do Polski przybywając prawdopodobnie dwoma drogami: z Niemiec i z Ukrainy. Dziś spotykamy ją niemal w całym kraju, szczególnie w pobliżu siedzib ludzkich, ale niestety także w będących ostoją dzikiej przyrody dolinach rzecznych (również w dolinie Wisły).

Kolczurka dysponuje całym arsenałem sposobów na rozprzestrzenianie się i zwycięstwo w konkurencji z rodzimymi gatunkami: owoce po wyschnięciu stają się bardzo lekkie – mogą podróżować zarówno drogą wodną jak i powietrzną. Są też niczym przysłowiowy rzep przyczepiający się do psiego ogona – rozsiewają się zahaczone o sierść zwierząt. Po skutecznym wykiełkowaniu, roślina wypuszcza naprawdę spore liścienie (liście zarodkowe), a duże liście to duża powierzchnia do chwytania słońca – energii szczególnie przydatnej młodej roślince do szybkiego wzrostu. 

fot. Maciej Wiszniewski

Kolczurka stoi w jednym rzędzie z innymi obcymi i inwazyjnymi gatunkami roślin jak sumak octowiec, czy nawłoć kanadyjska, których urodą zachwyciliśmy się, a które w nowym środowisku naturalnym radzą sobie zaskakująco dobrze – zbyt dobrze. Obce gatunki roślin zaburzają delikatną równowagę w zbiorowiskach roślinnych, potrafią rosnąć w dużych łanach i zabierają rodzimym gatunkom i tak nieustannie się kurczące zasoby i miejsca do życia. 

Możemy też jednak odnaleźć „jaśniejszą stronę” kolczurki – od dawna znaną Indianom, a potwierdzoną współczesnymi badaniami – leczniczą. Substancje zawarte w kolczurce wykazują działanie przeciwpasożytnicze, antybakteryjne, a nawet przeciwnowotworowe.

Mak polny

fot. Sylwia Zawadzka

Mak polny jest jedną z najlepiej rozpoznawalnych, głęboko zakorzenionych w polskiej kulturze roślin. Na nasze ziemie przywędrował z terenów Morza Śródziemnego już w neolicie wraz z nasionami zbóż i umiejętnością ich uprawy. Kojarzymy go przede wszystkim z sielskim krajobrazem rolniczym – z kołyszącymi się na wietrze łanami zbóż, poprzetykanymi barwną mozaiką maków polnych, chabrów bławatków czy rumianów polnych. Podobnie jak te ostatnie mak polny należy do chwastów zbóż – gatunków towarzyszących roślinom uprawnym i konkurujących z nimi o dostęp do słońca, wody i składników odżywczych. Mimo swej niewątpliwej urody, którą zachwycali się malarze (jak np. Claude Monet malując „Maki w kotlinie niedaleko Giverny”), mak polny nie należy więc do ulubieńców rolników. 

Choć potocznie słowo „chwast” kojarzy nam się z rośliną uciążliwą i trudną do wytępienia, współcześnie chwasty nie mają się dobrze. Wiele gatunków należy do roślin ustępujących, zagrożonych, a niektóre z nich uznajemy za wymarłe na ziemiach polskich. Zdecydowanie nie służy im nowoczesny sposób uprawy: stosowanie chemicznych środków chwastobójczych, zakładanie rozległych upraw jednego tylko gatunku rośliny, mechanizacja rolnictwa. Chwasty najlepiej się czują na terenach uprawianych w sposób tradycyjny. Prowadzone są nawet specjalne programy ochrony polegające na zakładaniu upraw zachowawczych chwastów np. w ogrodach botanicznych, przy muzeach, czy na gruntach prywatnych. Chwasty są nie tylko piękne, znajdujemy wśród nich cenne rośliny lecznicze, miododajne, a ich obecność idzie w parze z dużą różnorodnością biologiczną (między innymi dlatego, że dla wielu gatunków zwierząt stanowią wartościowy pokarm). 

Choć na terenach rolniczych maku jest coraz mniej, spotkać go możemy w rozmaitych innych siedliskach – na nasypach kolejowych, przydrożach, czy ugorach – również tych położonych w dolinie Wisły. Mak polny zdecydowanie preferuje nagą, nie zacienioną przez inne rośliny glebę – dlatego też w Polsce, ale i w Wielkiej Brytanii stał się symbolem poległych żołnierzy. Na odsłoniętych, zoranych po bitwie terenach mak znajdował dogodne miejsce do wzrostu. 

Mak to roślina, która kwitnie i żyje krótko – kiełkuje jesienią (i jako siewka przeczekuje zimę), lub wiosną. Nie przeszkadza mu w tym niska temperatura (potrafi kiełkować już przy temp. 1ºC). Od wiosny do końca lata możemy cieszyć się urodą jego kwiatów, z których następnie powstaje makówka. Po wyschnięciu wysypuje się z niej imponująca ilość lekkich, doskonałych do przenoszenia przez wiatr nasion. Nasiona te są niezwykle trwałe – zachowują zdolność do kiełkowania nawet przez 30-40 lat. 

fot. Maciej Wiszniewski

Nasiona maku, które stosujemy do przyprawiania chleba czy wypiekania makowców, pochodzą z maku lekarskiego, ale również nasiona maku polnego są jadalne i można używać ich w kuchni. Płatki maku polnego wykorzystywane są natomiast przez zielarzy – zawierają substancje o działaniu powlekającym, przeciwkaszlowym i przeciwzapalnym. Mak polny nie produkuje morfiny tak jak mak lekarski, którego uprawa jest w Polsce pod kontrolą i wymaga specjalnych zezwoleń, możemy go więc bez przeszkód wysiewać w przydomowych ogródkach. 

Skrzypy 

fot. Sylwia Zawadzka

Te niepozorne, kruche rośliny, które dziś znamy – to zdetronizowani przez setki milionów lat ewolucji potomkowie roślinnych królów, panujących w erze paleozoiku.Przodkowie współczesnych skrzypów pojawili się już w dewonie – okresie, kiedy z wody wyłaniały się pierwsze zwierzętalądowe. Na kolejne miliony lat wspólnie z drzewiastymi paprociami i widłakami zdominowały pradawną florę. Królowały zwłaszcza w gorącym i wilgotnym klimacie okresu karbonu tworząc tzw. „las karboński”. Z jego szczątków powstały ogromne pokłady węgla kamiennego.  

Skrzypy były jednymi z pierwszych roślin, które wykształciły naczynia – konstrukcje do przewodzenia wody i substancji odżywczych. Naczynia i korzenie okazały się kluczowymi osiągnięciami – pozwoliły one pierwszym roślinom lądowym na zwiększenie rozmiarów i kolonizację nowych, mniej wilgotnych terenów. Pradawne skrzypy miały zdrewniałą łodygę osiągającą rozmiary nawet 30-metrowego drzewa. Z czasem skrzypy-drzewa zostały wyparte przez dominujące obecnie rośliny nasienne i skurczyły się do formy i rozmiarów roślin zielnych. Największy współczesny skrzyp, gatunek południowoamerykański mierzy do 5 m wysokości, zaś największy rodzimy przedstawiciel skrzypów – skrzyp olbrzymi osiąga do 2 m wysokości. Jest to gatunek rzadki i podlegający ochronie prawnej, jeśli jednak już go spotkamy to najpewniej rosnącego w sporym łanie. Skrzyp olbrzymi lubi miejsca wilgotne: źródliska, zarośla i wilgotne lasy takie jak łęgi nadwiślańskie.

fot. Maciej Wiszniewski

W Polsce spotykamy 9 gatunków skrzypów oraz ich mieszańce. Z samej nazwy gatunku skrzypu możemy się sporo o nim dowiedzieć – nazwy: skrzyp polny, leśny, łąkowy, bagienny i błotny podpowiadają nam gdzie rośnie dany gatunek. Nazwa skrzypu olbrzymiego nawiązuje do jego rozmiarów, zaś skrzyp zimowy to jedyny gatunek, który pozostaje zielony nawet w najzimniejszej porze roku. 

Najpospolitszym gatunkiem skrzypu jest skrzyp polny, któremu warto przyjrzeć się bliżej. Nad Wisłą szukajmy go na terenach, które szczególnie sobie upodobał: na podmokłych polach, ugorach i przydrożach. Jako ludzie mamy w stosunku do niego mieszane uczucia: rolnicy i ogrodnicy nie darzą sympatią skrzypu polnego, gdyż mimo swego niepozornego wyglądu jest trudnym do wyplenienia chwastem. Zawdzięcza to podziemnemu kłączu, w postaci którego przezimowuje i które nawet po uszkodzeniu pozwala mu się świetnie rozmnażać. Doceniają natomiast skrzyp polny zielarze, kosmetolodzy, a także miłośnicy przyrządzania potraw z dzikich roślin. Wczesną wiosną z głęboko wrośniętego w glebę kłącza skrzypu polnego wyrasta pęd zarodnionośny – blady, pozbawiony zielonego barwnika i zakończony zarodnią (organem produkującym zarodniki – pozwalającym na rozmnażanie bezpłciowe). Pęd taki można smażyć lub jeść na surowo. Uwaga! Próbujmy tylko jeśli jesteśmy absolutnie pewni gatunku. Jeden z rodzimych gatunków skrzypów – skrzyp błotny jest trujący! Kiedy pęd zarodnionośny przekwitnie, kolejny wyrasta pęd asymilacyjny. Ten jest zielony (a więc ma zdolność do prowadzenia fotosyntezy) i rozgałęziający się. Boczne gałązki to nie liście, ale część łodygi. U skrzypów tylko ona odpowiada za fotosyntezę, liście są zredukowane do maleńkich organów. Pęd asymilacyjny najlepiej zbierać późnym latem, gdy zgromadzi duże ilości krzemionki – minerału cennego ze względu na jego właściwości upiększające (zdrowe włosy i paznokcie) oraz prozdrowotne. Wyciąg ze skrzypu polnego wzmacnia układ moczowy i ściany naczyń krwionośnych, ma działanie przeciwzapalne, dostarcza organizmowi wapń, magnez i potas.

Naparstnica pospolita

„Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo tylko dawka czyni truciznę” – mawiał wybitny XVI-wieczny lekarz Paracelsus. Zdanie to doskonale pasuje do właściwości naparstnic, zawierających substancje w przypadku których granica między dawką terapeutyczną a toksyczną jest bardzo wąska. Dlatego też w dawnych czasach terapie naparstnicą opierały się często na ich toksycznych właściwościach np. przeczyszczających czy wymiotnych.Zatrucie naparstnicą prowadzi bowiem do zaburzeń żołądkowo-jelitowych, bólów i zawrotów głowy, zaburzeń widzenia i zaburzeń rytmu serca. Znane są przypadki zatruć ze skutkiem śmiertelnym. Jednocześnie zawarte w naparstnicach glikozydy stały się prekursorami współcześnie stosowanych leków nasercowych. Działanie glikozydów naparstnicy polega między innymi na wzmaganiu napięcia i siły skurczu serca oraz zwalnianiu jego pracy, a także na poprawie efektywności tejże pracy, co z kolei przekłada się na lepsze krążenie. Już starożytni Rzymianie używali do leczenia chorób serca ziół, których właściwości wskazywałyby na naparstnice, jednak dopiero XIX- i XX-wieczni medycy zaczęli szerzej badać i wykorzystywać potencjał naparstnic w tym zakresie. 

fot. Sylwia Zawadzka

Istnieje teoria łącząca charakter późnej twórczości Vincenta Van Gogha, w której dominują żółcie i granaty,z przedawkowaniemglikozydów naparstnicy. Może się ono objawiać ksantopsją czyli widzeniem w żółtych barwach. Znane są dwa portrety lekarza Van Gogha trzymającego kwiat naparstnicy. Wiemy także, że w ówczesnych czasach stosowano naparstnicę między innymi w terapii epilepsji, na którą cierpiał malarz. Teoria ta pozostaje jednak spekulacją, jako że podobne zaburzenia widzenia mogą powodować również inne leki, a także nadmierne spożycie absyntu – trunku od którego artysta nie stronił. 

Ze względu na walory estetyczne naparstnice są chętnie sadzone przez ogrodników. Rodzimym, dziko występującym gatunkiem jest tylko kwitnąca na żółto naparstnica pospolita. Jeśli chcemy w naturze podziwiać jej niekwestionowane poszukajmy przede wszystkim w górskich widnych lasach liściastych: dębowych i bukowych, klonowo-lipowych, w trawo- i ziołoroślach (np. tych położonych w obszarze źródliskowym Wisły). Przy odrobinie szczęścia spotkać ją możemy też w innych rejonach kraju. Lepiej jednak z naparstnicą się zbytnio nie spoufalać – pamiętajmy o jej silnie trujących właściwościach oraz o tym, że gatunek ten znajduje się w Polsce pod ochroną częściową. 

fot. Sylwia Zawadzka

Gatunkiem obcym dla naszej flory, choć pochodzącym z niedalekiej bo południowo-zachodniej Europy, jest naparstnica purpurowa. Ten urodziwy uciekinier z ogrodów dość dobrze zadomowił się w środowisku naturalnym i, jak to bywa z obcymi gatunkami, w niektórych regionach kraju (głównie na terenach górskich i na zachodzie kraju) stał się rośliną inwazyjną. 

Kozibród łąkowy

fot. Maciej Wiszniewski

Zapewne każdemu z nas łatwo przywołać z dzieciństwa scenę, w której trzymając w ręce „dmuchawiec” (czyli mniszka potocznie nazywanego też „mleczem”) próbowaliśmy zdmuchnąć jego drobne owocki. Dalej nasza pamięć odtworzy obraz puchatych, szaro-białych drobinek wirujących w powietrzu, czy porywanych przez wiatr. Ów „dmuchawiec” to w rzeczywistości owocostan czyli zbiór owoców zaopatrzonych w specjalne włoski,które pomagają nasionom odbywać powietrzne podróże i zasiedlać nowe tereny. Mało kto zna jednak „duże dmuchawce”, czyli kozibrody należące do tej samej co mniszki rodziny astrowatych. Tworzone przez nie „dmuchawce” są większe, a włoski – inaczej niż u mniszków – pierzasto rozgałęzione. Najczęściej spotykane w Polsce kozibród wielki i kozibród łąkowy lubią tereny ruderalne, nasypy kolejowe, murawy, przydroża, a kozibród łąkowy, jak sama nazwa wskazuje, związany jest także z łąkami. Oba gatunki znajdują dogodne dla siebie siedliska w dolinie Wisły. Zielone listki okrywy kwiatowej kozibroda wielkiego wystają poza obrys żółtych płatków korony i po tej cesze łatwo odróżnić go od łąkowego. 

Kozibrody prezentują nie tylko walory wizualne dostrzeżone przez fotografów czy grafików, którzy chętnie wykorzystują motyw „dmuchawca”, ale także kulinarne i lecznicze. W medycynie ludowej kłącze kozibrodów stosowano jako środek wykrztuśny. Kozibród łąkowy wytwarza jadalny, podobny do pietruszki korzeń. Jego pochodzący z południa krewniak – kozibród porolistny jest mało znanym w Polsce warzywem korzeniowym o nazwie salsefia. Gatunek ten, w przeciwieństwie do rodzimych kozibrodów kwitnie na fioletowo, a jego ugotowany korzeń ponoć dobrze smakuje podawany podobnie jak fasolka szparagowa.

Opracowała: Aleksandra Wierzbicka

BIBLIOGRAFIA

  1. Činčura F., Feráková V., Májovský J., Šomšák L., Záborský J. 1990. Pospolite rośliny środkowej Europy.  PWRiL, Warszawa
  2. Krzyściak-Kosińska R. Kosiński M. 2008. 100 najpiękniejszych roślin w Polsce.  Publicat, Poznań
  3. Łuczaj Ł. 2004. Dzikie rośliny jadalne polski: przewodnik survivalowy. Chemigrafia, Krosno.
  4. Nowak S., Nowak A., Jermaczek A. 2013. Zagrożone chwasty polne Opolszczyzny i ich ochrona. Wyd. Klubu Przyrodników, Świebodzin 
  5. Nowak-Staszewska D. 2018. Szkrzypu skrzyp. Echa Leśne. 2(632): 24-27
  6. Sudnik-Wójcikowska B. 2015. Flora Polski. Rośliny Synantropijne. MULTICO Oficyna Wydawnicza, Warszawa  
  7. Whayne T.F Jr. 2018. Clinical Use of Digitalis: A State of the Art Review. American Journal of Cardiovascular Drugs. 18: 427–440
  8. Witkowska-Żuk L. 2018. Flora Polski. Rośliny Leśne. MULTICO Oficyna Wydawnicza, Warszawa 
  9. Wójciak H. 2007. Flora Polski. Porosty, mszaki, paprotniki. MULTICO Oficyna Wydawnicza, Warszawa 
  10. https://rozanski.li/ (dostęp: czerwiec 2020)

Projekt współfinansuje m. st. Warszawa